Miłość nie upokarza, nie odbiera spokoju, nie buduje relacji na huśtawce emocjonalnej – o granicach zdrowej relacji, ambiwalencji i cienkiej granicy między miłością a nienawiścią mówi Monika Chrapińska-Krupa, psycholog i psychoterapeutka, założycielka poradni „Spokój w Głowie”. Rozmawia Marta Dybińska.

Pani Moniko, czym na pewno miłość nie jest?

Miłość na pewno nie jest cierpieniem, które trzeba znosić w imię lojalności, przywiązania czy wspólnej historii. Nie jest też kontrolą, uzależnieniem emocjonalnym, lękiem przed odejściem ani ciągłym wystawianiem drugiej osoby na próby. Bardzo często mylimy miłość z potrzebą posiadania kogoś, z obsesją, z głodem uwagi albo z trudnością w byciu samemu. Tymczasem dojrzała miłość nie polega na tym, że druga osoba ma nas „uratować”, wypełnić nasze braki czy nieustannie udowadniać swoją wartość. Miłość nie upokarza, nie odbiera spokoju, nie buduje relacji na huśtawce emocjonalnej. Oczywiście każda bliskość niesie napięcia, konflikty i momenty kryzysu, ale czym innym jest trudność, a czym innym relacja, która regularnie rani, destabilizuje i podkopuje poczucie bezpieczeństwa. Miłość nie powinna być też usprawiedliwieniem dla przemocy psychicznej, manipulacji, zdrad czy emocjonalnych kar. To, że ktoś mówi „kocham”, nie znaczy jeszcze, że potrafi kochać w sposób dojrzały.

Przeciwieństwem miłości jest nienawiść czy obojętność?

Psychologicznie bliżej mi do stwierdzenia, że przeciwieństwem miłości jest obojętność. Nienawiść, choć bardzo destrukcyjna, nadal oznacza silne zaangażowanie emocjonalne. W nienawiści druga osoba wciąż jest dla nas ważna — porusza nas, wywołuje napięcie, złość, ból, pragnienie odwetu. Obojętność pojawia się wtedy, gdy więź emocjonalna naprawdę wygasa. Gdy ktoś przestaje nas poruszać, przestajemy czekać, przeżywać, reagować. To raczej znak, że uczucie się wypaliło albo zostało odcięte. Dlatego w relacjach partnerskich obojętność bywa bardzo poważnym sygnałem — często bardziej niepokojącym niż złość czy rozczarowanie. Para, która się kłóci, nadal bywa ze sobą emocjonalnie połączona. Para, która stała się sobie obojętna, często stoi już na granicy emocjonalnego końca.

Od miłości do nienawiści jeden krok, podobno. Zgodzi się Pani z tym?

To powiedzenie nie wzięło się znikąd, bo rzeczywiście bliskie relacje uruchamiają w nas najmocniejsze emocje. Im bardziej ktoś był dla nas ważny, im więcej zainwestowaliśmy, im bardziej byliśmy odsłonięci i zależni emocjonalnie, tym silniejszy może być ból rozczarowania, zdrady czy odrzucenia. A ból bardzo często zamienia się w gniew. Powiedziałabym jednak, że od miłości do nienawiści nie jest „jeden krok”, tylko raczej ciąg psychologicznych procesów: zranienie, bezsilność, poczucie krzywdy, upokorzenie, utrata złudzeń. To nie dzieje się znikąd. Nienawiść w relacji rzadko spada z nieba — zwykle jest skutkiem nagromadzonych ran, niewypowiedzianych pretensji, rozczarowań i braku bezpiecznego dialogu. To dlatego w relacjach o dużej intensywności emocjonalnej tak łatwo przejść od idealizacji do deprecjacji. Ktoś, kto był „najważniejszy”, nagle staje się „najgorszy”. To skrajność, ale dość częsta.

Miłość naprawdę może się zamienić w nienawiść?

Może, choć powiedziałabym precyzyjniej: silne uczucie przywiązania może zostać przykryte nienawiścią, gdy pojawi się głębokie zranienie. W praktyce gabinetowej często widzimy, że pod deklarowaną nienawiścią wciąż kryje się niezakończona więź, żal, tęsknota albo potrzeba uznania własnej krzywdy. Ktoś mówi: „nienawidzę go”, ale jednocześnie nie może przestać myśleć, sprawdzać, przeżywać. To pokazuje, że emocjonalna pępowina nie została przecięta. Zdarza się też, że nienawiść staje się mechanizmem obronnym — łatwiej znosić rozpad relacji, gdy zamienimy ból na gniew. Gniew daje pozorne poczucie siły, podczas gdy rozpacz konfrontuje nas z bezradnością. Jednak długofalowo taka przemiana jest bardzo obciążająca psychicznie. Człowiek tkwi wtedy w emocjonalnym klinczu i zamiast się leczyć, dalej żyje relacją, która formalnie może już nawet nie istnieć.

Można jednocześnie kochać i nienawidzić?

Tak, i to częściej, niż chcielibyśmy przyznać. Psychika człowieka nie jest zero-jedynkowa. Możemy jednocześnie tęsknić i być wściekli, kochać i czuć urazę, potrzebować bliskości i jednocześnie chcieć się od niej odciąć. Właśnie na tym polega ambiwalencja — na współistnieniu sprzecznych uczuć wobec tej samej osoby. To nie zawsze oznacza patologię. W każdej długiej relacji pojawiają się momenty, w których partner budzi w nas miłość, wdzięczność, ale też złość, żal i rozczarowanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ambiwalencja staje się dominującym stanem, a relacja zamiast być miejscem ukojenia i rozwoju staje się źródłem przewlekłego napięcia. Wtedy człowiek nie czuje się ani bezpiecznie w związku, ani zdolny, by z niego odejść.

Jakie są najczęstsze przyczyny ambiwalencji w związku?

Przyczyn może być wiele. Często jest to efekt nierozwiązanych konfliktów, powtarzających się zranień, zdrad, niespełnionych potrzeb emocjonalnych, braku stabilności albo chronicznego poczucia, że „coś jest nie tak”. Ambiwalencja pojawia się także wtedy, gdy partner daje nam coś bardzo ważnego — na przykład poczucie bliskości, namiętności, opieki — ale jednocześnie jest źródłem bólu, chaosu czy nieprzewidywalności. Wtedy psychika jest rozdarta: jedna część chce zostać, druga się broni. Często znaczenie mają też nasze wcześniejsze doświadczenia przywiązaniowe. Osoby, które dorastały w niepewności emocjonalnej, w relacjach pełnych sprzecznych komunikatów, mogą nieświadomie wchodzić w podobny wzorzec także w dorosłości. Dla nich chaos bywa mylony z intensywnością, a spokój z nudą. Ambiwalencję wzmacniają też niskie poczucie własnej wartości, lęk przed samotnością oraz relacje, w których występuje naprzemienne dawanie ciepła i wycofywanie go.

Jak przejawia się ambiwalencja w związku?

Najczęściej jako emocjonalna huśtawka. Jednego dnia partner wydaje się najbliższą osobą na świecie, a następnego budzi irytację, chłód albo wręcz niechęć. Pojawia się ciągłe wahanie: „chcę być blisko”, ale zaraz „muszę się odsunąć”; „kocham”, ale „mam dość”. Taka ambiwalencja może przejawiać się też w zachowaniu: rozstania i powroty, częste groźby odejścia, impulsywne kłótnie, bardzo silna potrzeba kontaktu przeplatana wycofaniem, testowanie partnera, zazdrość, prowokowanie reakcji. Z zewnątrz taka relacja bywa postrzegana jako burzliwa, ale od środka zwykle jest po prostu bardzo męcząca. Osoba tkwiąca w ambiwalencji często czuje wewnętrzne rozdarcie, ma trudność z podejmowaniem decyzji, analizuje wszystko bez końca, a mimo to nie znajduje ulgi. To stan, w którym emocje są silne, ale nie prowadzą do rozwiązania.

Jaki więc jest to dla nas sygnał?

To sygnał, że w relacji dzieje się coś, czego nie można dłużej bagatelizować. Ambiwalencja nie zawsze oznacza, że związek trzeba zakończyć, ale zawsze oznacza, że trzeba się zatrzymać i przyjrzeć temu, co naprawdę nas boli. To moment na zadanie sobie ważnych pytań: czego mi w tej relacji brakuje? Co mnie rani? Co sprawia, że mimo uczuć nie czuję się spokojnie? Czy ten związek opiera się na wzajemności i szacunku, czy bardziej na lęku, uzależnieniu emocjonalnym i nadziei, że partner kiedyś się zmieni? Dla wielu osób to właśnie ambiwalencja jest pierwszym momentem, w którym zaczynają widzieć, że coś, co nazywali miłością, wcale nie musi być zdrową więzią. To ważny sygnał ostrzegawczy, a nie coś, co należy romantyzować.

O jakich najczęstszych przyczynach skrajnych emocji należy wspomnieć?

Na pewno o nieuregulowanym stylu przywiązania, niskim poczuciu bezpieczeństwa w relacji, traumach z przeszłości, doświadczeniu odrzucenia, zdrady, przemocy psychicznej czy emocjonalnej niedostępności partnera. Skrajne emocje bardzo często biorą się też z powtarzalnego mechanizmu: partner raz przyciąga, raz odpycha. Taki układ wzmacnia uzależniający charakter relacji, bo człowiek zaczyna funkcjonować w napięciu i oczekiwaniu. Warto wspomnieć również o trudnościach w regulacji emocji, nieumiejętności komunikowania potrzeb, impulsywności oraz o związkach, w których jedna lub obie strony mają nierozpracowane zranienia z wcześniejszych relacji. Niekiedy za skrajnymi emocjami stoją także zaburzenia osobowości, współuzależnienie lub relacja o cechach toksycznych, gdzie bliskość jest przeplatana karaniem, dewaluacją i destabilizacją.

Trwanie w takiej relacji może być bardzo wyniszczające, na dłuższą metę…

Zdecydowanie tak. Organizm i psychika nie są stworzone do życia w permanentnym napięciu. Kiedy relacja jest źródłem ciągłej niepewności, człowiek przestaje odpoczywać emocjonalnie. Zaczyna nadmiernie analizować, sprawdzać, przewidywać, pilnować nastroju partnera, dostosowywać się, tłumaczyć, ratować. To bardzo wyczerpujące. Długotrwałe funkcjonowanie w takim układzie może prowadzić do obniżenia nastroju, lęku, problemów ze snem, spadku samooceny, poczucia winy, a nawet objawów psychosomatycznych. W pewnym momencie cała energia życiowa idzie nie na budowanie życia, tylko na przetrwanie relacji. I to jest moment, w którym trzeba bardzo uczciwie zobaczyć koszty.

Niestabilność emocjonalna, wahania nastroju, sprzeczne uczucia… Tak się nie da funkcjonować. Związek ma być miejscem bezpiecznym. Kiedy te starania o związek – szczęśliwy, bezpieczny, dobry – nie mają już sensu?

Wtedy, gdy starania są jednostronne, a druga strona nie bierze odpowiedzialności za swoje zachowanie. Wtedy, gdy po kolejnych rozmowach nic realnie się nie zmienia. Wtedy, gdy zamiast budować bezpieczeństwo, związek regularnie odbiera spokój, godność i poczucie własnej wartości. Relacja ma sens wtedy, gdy obie strony chcą pracować, słuchać, rozumieć i wprowadzać zmiany. Nie wtedy, gdy jedna osoba stale naprawia, a druga niszczy i składa kolejne obietnice bez pokrycia. Trzeba też jasno powiedzieć: nie każdą relację da się uratować, a nie każda zasługuje na ratowanie za wszelką cenę. Jeżeli obecne są przemoc, chroniczne manipulacje, poniżanie, zdrady powtarzane mimo deklaracji poprawy, emocjonalne karanie, wzbudzanie lęku czy całkowity brak gotowości do refleksji — wtedy dalsze starania często nie są już wyrazem miłości, ale przekraczania własnych granic.

Powroty, „drugie” szanse, a wszystko po to, by znów za kilka dni usłyszeć: „kocham cię i nienawidzę”… Czy warto?

Druga szansa sama w sobie nie jest niczym złym. Ludzie popełniają błędy, dojrzewają, uczą się relacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy „druga szansa” staje się trzydziestą drugą i jest tylko kolejnym obrotem tej samej karuzeli. Sam powrót niczego nie naprawia. O wartości kolejnej szansy nie decydują słowa, tylko fakty: czy pojawiła się realna zmiana? Czy jest odpowiedzialność? Czy są konkretne działania? Czy druga osoba rozumie, co zrobiła i jaki to miało wpływ? Czy odbudowywane jest bezpieczeństwo? Jeżeli nie, to kolejne powroty zwykle nie są dowodem wielkiej miłości, tylko trudności w odcięciu się od destrukcyjnej więzi. Czasem największym wyrazem dojrzałości nie jest walka o relację za wszelką cenę, lecz uznanie, że samo uczucie nie wystarcza. Bo można kogoś kochać i jednocześnie wiedzieć, że ta relacja nam szkodzi. I właśnie wtedy odejście nie jest porażką, tylko formą ochrony siebie.


Monika Chrapińska-Krupa – psycholog, psychoterapeuta, założycielka poradni Spokój w Głowie (spokojwglowie.pl), w której każdego dnia wspiera osoby zmagające się z trudnościami emocjonalnymi i życiowymi zakrętami. W pracy łączy profesjonalną wiedzę z empatią i zdrowym rozsądkiem. Pracuje z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, ale bliskie są jej także tematy związane z miłością, więzią, rozstaniami, ambiwalencją i tym, jak relacje wpływają na nasze samopoczucie.