Parkingi wokół hali MOSiR pękały w szwach, a wędkarze z okolicznych miast tłumnie napływali do Mysłowic. W miniony weekend w naszym mieście odbyła się trzecia edycja Śląskich Targów Wędkarskich.

– Obecnie na hali znajduje się około tysiąca wędek, kilkadziesiąt ton peletów, kulek, przynęt, zanęt. Kilkanaście godzin przygotowań wystawców, kilka miesięcy przygotowań organizatorów – opowiada Dawid Cygal, organizator.

Kolorowe przynęty, kołowrotki, wędki, peleryny i krzesełka – stoiska uginały się od niezbędnych każdemu wędkarzowi akcesoriów. Wśród wystawców byli nawet rękodzielnicy.

– Zajmujemy się produkcją woblerów, jest to nasza pasja życiowa, robimy je ręcznie od A do Z. Wykonujemy je z drewna, ja robię z cedru, kolega robi z drewna lipowego bądź balsy. Jest to przynęta stworzona przez człowieka, przez nas, z pasji i robimy je własnoręcznie od sporego czasu, bo ponad 20 lat – opowiada Krzysztof Leszczewski, wystawca.

– Wracają do nas ludzie (…) ale to jest też uwarunkowane chyba indywidualnymi upodobaniami, każdy spinningista ma inny charakter i coś innego potrzebuje.  To różnie, jest grupa ludzi, która właśnie rękodzieło sobie ceni, każda przynęta inna, ale są tacy, którzy lubią to samo – mówi Andrzej Grobel, wystawca.

Z roku na rok frekwencja na mysłowickich, wędkarskich targach jest coraz wyższa. Nic w tym jednak dziwnego – zarówno uczestnicy jak i wystawcy doceniają wyjątkową atmosferę tego wydarzenia.

– Na śląskich targach jesteśmy po raz pierwszy, podoba mi się tutaj taka atmosfera naprawdę rodzinna, widać, że tutaj wszyscy się znają. (…) Wydaje mi się, że takie lokalne targi mają swoją przyszłość (…)  Tutaj jest po prostu fajnie, sympatycznie, można z tymi ludźmi porozmawiać, nawiązać jakiś osobisty kontakt – dzieli się Marek Hallas, właściciel firmy Adder Carp.

Choć targi to przede wszystkim okazja do zakupów, wędkarze chętnie wykorzystują je także do wymiany doświadczeń i nawiązania znajomości z innymi pasjonatami połowów.