Przez 7 lat mieliśmy spłacać wart prawie 5 mln zł inteligentny system monitoringu, a od 2024 r. ponosić wyłącznie koszty jego obsługi i utrzymania. Okazuje się jednak, że umowa na miejskie kamery została skonstruowana tak, że lada chwila możemy zostać bez sprzętu i biedniejsi o ponad 1,2 mln zł.

– Monitoring miejski powstał w 2017 r. na mocy wyłonienia wykonawcy, którym była firma Qumak, która, jak wszyscy wiemy, w obecnym roku ogłosiła upadłość – mówi Sandra Jędrzejas, naczelnik Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego i Reagowania Kryzysowego Urzędu Miasta Mysłowice.

Nie dość jednak, że firma Qumak ogłosiła upadłość. Najpierw scedowała umowę z Gminą Mysłowice na podwykonawcę.

– Na chwilę obecną sytuację mamy taką, że wiemy o tym, że kamery nie są firmy, z którą mieliśmy podpisaną umowę. W związku z powyższym nie mamy od kogo żądać przekazania tejże infrastruktury – tłumaczy Sandra Jędrzejas.

I m.in. to jest przedmiotem działań prokuratury, która została poinformowana o całej sprawie. Efektem źle sporządzonych dokumentów są też ogromne straty finansowe, jakie poniosło miasto.

– Miasto od 2017 r. miesiąc w miesiąc płaci faktury, które generalnie powinny przewidywać zarówno ratę za sprzęt, za serwis i za konserwację, którą przewiduje umowa. Po zakończeniu tejże umowy w 2024 r. cała infrastruktura, jak również wszystkie kamery miały przejść na własność gminy, niestety faktury nie przewidywały wyszczególnienia, jaka część tejże faktury przewiduje opłatę za sprzęt – dodaje Jędrzejas.

W ten sposób straciliśmy już ok. 1 mln zł z tytułu dzierżawy sprzętu i ponad 200 tys. zł na etaty dla osób obsługujących monitoring.

– Jeżeli zabiorą nam monitoring, zostaniemy z niczym, ponieważ umowy zostały tak sprecyzowane, że nie zabezpieczyły interesów miasta, jedynie zabezpieczyły interesy osób, które zarabiały pieniądze na mieście, montując ten monitoring i sprowadzając go do naszego miasta – mówi prezydent Dariusz Wójtowicz.

Choć władze miasta nie komentują szerzej sprawy ze względu na toczące się postępowanie prokuratorskie, zapewniają, że wszyscy pracownicy i współpracujące służby dołożą wszelkich starań, by w przyszłości podobne sytuacje nie miały miejsca i miejskie inwestycje pozostawały tu gdzie powinny – w mieście.

– Na pewno z całym zespołem ludzi zrobimy wszystko, ażeby monitoring, jeżeli nie ten, to żeby jakikolwiek inny w mieście był – podkreśla Sandra Jędrzejas.