Choć Szpital Miejski nr 2 w Mysłowicach po raz kolejny otrzymał od miasta pomoc finansową, to są tacy, którzy twierdzą, że placówce nikt nie pomaga. 

– Nasz szpital nie znalazł się w tej sytuacji przypadkowo. To efekt lat zaniedbań, efekt braku decyzji, efekt braku realnego wsparcia ze strony władz miasta – mówi Anna Pakulska, wiceprzewodnicząca „NSZZ Solidarność” w Szpitalu nr 2. 

Sprawdziliśmy te informacje i okazuje się, że prawda jest nieco inna. Tylko od 2000 r.  choćby z powodu różnego rodzaju umorzeń, w tym podatku od nieruchomości, udzielonych pożyczek, czy poręczeń rat kredytów, miasto udzieliło szpitalowi pomocy na bagatela prawie 90 mln złotych. Inaczej wygląda sprawa Narodowego Funduszu Zdrowia, czyli płatnika szpitala, który w ostatnich latach placówki takiej jak te w Mysłowicach doprowadził do finansowej ruiny, zadłużając je na ponad 4 mld złotych. 

– Jeżeli my mamy wspólnie ratować szpital, to musi być normalna atmosfera, a bicie się na argumenty w publicznej przestrzeni nic dobrego nie da, więc ja jeszcze bardzo proszę o to aby nie dochodziło do takich sytuacji, bo jak mamy sobie pomagać to pomagajmy sobie. Nie, że ktoś jest pod ścianą, tylko żebyśmy byli partnerami do rozmów (…) Opowieści o tym, że szpital ktoś chce likwidować, jest to wierutne kłamstwo. Jakbyśmy chcieli, ktokolwiek na tej sali, czy z radnych, czy z prezydentów, nie byłoby podejmowanych jakichkolwiek rozmów – mówi Dariusz Wójtowicz, prezydent Mysłowic. 

I działań takich jak przekazanie na sesji nadzwyczajnej kolejny transzy pomocy finansowej dla szpitala w wysokości 2,5 mln złotych.